Praca dydaktyczna dzieli się dziś na dwie nierówne części: tę, dla której nauczyciel wybrał ten zawód — kontakt z uczniem, tłumaczenie, prowadzenie — i tę, która zjada wieczory: sprawdzanie, poprawianie, dokumentowanie, sprawozdawczość. Ta druga rośnie z każdym rokiem, a etatów nie przybywa. Skutek zna każdy pokój nauczycielski: informacja zwrotna dla ucznia kurczy się do oceny i podkreśleń, bo na więcej fizycznie nie ma czasu.
Część nauczycieli już dziś ratuje się chmurowym AI — i to jest właściwy instynkt w niewłaściwym miejscu. Wypracowanie ucznia wklejone do publicznego chatbota to dane osobowe małoletniego wysłane na obce serwery: treść pracy, styl pisania, czasem opis sytuacji rodzinnej. Do tego dochodzą oceny, opinie wychowawców i orzeczenia z poradni — dane, których szkole po prostu nie wolno powierzać narzędziom konsumenckim.
Trzeci problem widać dopiero z gabinetu dyrektora: szkoła generuje mnóstwo danych o nauczaniu — wyniki sprawdzianów, frekwencję, wyniki egzaminów zewnętrznych — ale nie ma nikogo, kto miałby czas złożyć je w obraz. Decyzje o wzmocnieniach i zmianach zapadają na wyczucie, bo analityk danych nie mieści się w arkuszu organizacyjnym.